Dedykowane brukselskim pijakom

Mademoiselle Greebo pomyślała, że ludzie biorą wszystko dosłownie, na czym zarabiają chytrusy tego świata. Były bokser podbił oglądalność rozrywkowego programu plotąc trzy po trzy, że trzeba bić kobiety. Nikomu nieznany polski europoseł wzleciał na szczyty popularności, trąbiąc, że kobiety są mniejsze i powinny mniej zarabiać. Trump chwalił się, że łapie kobiety za cipki i został prezydentem. Brak danych, czy ktoś chciał łapać za rodzinne klejnoty Trumpa. Na szczęście.

Gdzie mowa o kobietach, towar dobrze się sprzedaje. Trendy jest też chamstwo i seksizm. Dlaczego? Odpowiedź objawiła się Mademoiselle Greebo, kiedy wracała z Parlamentu Europejskiego, gdzie rozmawiała z tłumaczami o literaturze. Nikt tam nie używał słowa „dedykowany” w znaczeniu „poświęcony”, ani nie mówił nieprawidłowo „zakupiłam” zamiast „kupiłam”. Mademoiselle Greebo, wciąż w oparach szlachetnej polszczyzny wsiadła do tramwaju. Tu uderzył ją realny opar - skondensowany odór przetrawionego alkoholu. Instynktownie nadstawiła ucha, bo jedynymi pijakami w Brukseli są rodacy Mademoiselle Greebo. I jako żywo, polski dudnił w brzuchu pojazdu niczym fasolka po bretońsku w wątpiach gastrycznego wrażliwca. Tylko, że nic z niego nie dało się zrozumieć.
Zdezorientowana Mademoiselle Greebo popatrzyła z wyrzutem na kobietę w hidżabie, która gadała rozgłośnie do słuchawki zatkniętej między ucho a chustę (żeby mieć wolne ręce, to znakomity wynalazek brukselskich muzułmanek). Sądziła, że arabski zagłusza polski, ale nie miała racji. To nie arabski czynił go niezrozumiałym, tylko zaporowa dawka słowa „k…”. Upici rodacy perorowali z przejęciem, przerywając sobie nawzajem, co upewniło Mademoiselle Greebo, że wzajemnie się rozumieli. Po kilku przystankach i Mademoiselle Greebo z potoku deklinowanych „k…” wyłowiła drugie słowo: „portfel”. A po kwadransie z nieczytelnego bełkotu udało jej się wydestylować przekaz, że jeden z rozmówców nie ma kobiety. Dlaczego – tego nie rozszyfrowała. Być może winien był portfel.
Wysiadając z tramwaju, Mademoiselle Greebo obrzuciła pijaczków pełnym podziwu spojrzeniem. Mieli niezwykłą siłę przebicia. Po pierwsze – zmonopolizowali uliczną nietrzeźwość w stolicy Europy. Po drugie – umieli mówić kodem skuteczniejszym od Morse’a. Po trzecie, dzięki nim połowa brukselskiej populacji sądziła, że „k…” z wykrzyknikiem znaczy po polsku „cześć”.

Wychodząc ze środka publicznej komunikacji, Mademoiselle Greebo już wiedziała – kwestia jest właśnie w komunikacji. Im prostsza, tym skuteczniejsza. Gdyby w tramwajach wrzeszczeli poloniści, miejscowa ludność zgubiłaby się w gąszczu słów. Pijaczkowie nauczyli współpasażerów jednego, ale za to porządnie.
Tylko jednego było szkoda Mademoiselle Greebo. Pozazdrościła Johnowi Steinbeckowi „Tortilli Flat” i Alainowi Mabanckou „Kielonka”. Mając tak wygadanych pijaczków, można pisać o nich powieści. Tu inspiracji starczyło ledwo na ten wpis.
Trwa ładowanie komentarzy...