Zdezorientowana Mademoiselle Greebo popatrzyła z wyrzutem na kobietę w hidżabie, która gadała rozgłośnie do słuchawki zatkniętej między ucho a chustę (żeby mieć wolne ręce, to znakomity wynalazek brukselskich muzułmanek). Sądziła, że arabski zagłusza polski, ale nie miała racji. To nie arabski czynił go niezrozumiałym, tylko zaporowa dawka słowa „k…”. Upici rodacy perorowali z przejęciem, przerywając sobie nawzajem, co upewniło Mademoiselle Greebo, że wzajemnie się rozumieli. Po kilku przystankach i Mademoiselle Greebo z potoku deklinowanych „k…” wyłowiła drugie słowo: „portfel”. A po kwadransie z nieczytelnego bełkotu udało jej się wydestylować przekaz, że jeden z rozmówców nie ma kobiety. Dlaczego – tego nie rozszyfrowała. Być może winien był portfel.
Wysiadając z tramwaju, Mademoiselle Greebo obrzuciła pijaczków pełnym podziwu spojrzeniem. Mieli niezwykłą siłę przebicia. Po pierwsze – zmonopolizowali uliczną nietrzeźwość w stolicy Europy. Po drugie – umieli mówić kodem skuteczniejszym od Morse’a. Po trzecie, dzięki nim połowa brukselskiej populacji sądziła, że „k…” z wykrzyknikiem znaczy po polsku „cześć”.
Wychodząc ze środka publicznej komunikacji, Mademoiselle Greebo już wiedziała – kwestia jest właśnie w komunikacji. Im prostsza, tym skuteczniejsza. Gdyby w tramwajach wrzeszczeli poloniści, miejscowa ludność zgubiłaby się w gąszczu słów. Pijaczkowie nauczyli współpasażerów jednego, ale za to porządnie.
Tylko jednego było szkoda Mademoiselle Greebo. Pozazdrościła Johnowi Steinbeckowi „Tortilli Flat” i Alainowi Mabanckou „Kielonka”. Mając tak wygadanych pijaczków, można pisać o nich powieści. Tu inspiracji starczyło ledwo na ten wpis.
