Aliści, okazuje się, że „czyste” korzenie to ściema. Rodzina ojca dziecka (ta od prawników i senatorów) musi przełknąć wiadomość, że w legalną białą linię wdał się Afroamerykanin. Wakacyjny romans wydał owoce trzy generacje później, kiedy to białej parze urodziła się mieszana córeczka.
Mademoiselle Greebo przypomniała sobie hit fejsbuka, filmik o tym, jak ludzie, którzy deklarowali „czystość” korzeni, poddawali się badaniom, z których następnie wynikało, że noszą w sobie wybuchową mieszankę nacji. Z czego część to te, których żywo nienawidzą.
Jak to jest, nienawidzić części siebie? – zadumała się Mademoiselle Greebo. Fatou Diome, senegalsko-francuska pisarka, radzi, żeby spojrzeć prawdzie w oczy: wszyscy jesteśmy skądś, jak nie w pierwszej, to w siódmej generacji, jak nie z prawego, to z lewego łoża. Przez niedawnymi wyborami we Francji opublikowała książkę pt. „Marianna wnosi skargę!” – na tych, którzy obsesyjnie pilnują rodowitej francuskości. Tzw. czysty Francuz? To produkt urojony. Tego zdania jest też Amin Maalouf, libański pisarz piszący po francusku, autor m.in. „Zabójczych tożsamości”.
Ostatnio polski pisarz Szczepan Twardoch zadeklarował, że czuje się Ślązakiem, a nie Polakiem. Mademoiselle Greebo spłoszyła się – czy i ona musi się deklarować? Zamknęła powieścidło. Tam, gdzie skończyła czytać, czyli w metrze, siedział typowy dla jej miasta zestaw: chłopak o azjatyckich rysach twarzy, para Hindusów, czarnoskóra dziewczyna, dwóch wyrostków o arabskim pochodzeniu i ona. Słowianka? Polka? Wschodnio-Europejka? No, ona tam siedziała, Mademoiselle Greebo. Pytanie tylko: czy dziś ta informacja wystarczy?
