Gdzie jest drabinka?

Mademoiselle Greebo zabrała do samolotu książkę Eriki Jong pt. „Strach przed lataniem”. Mademoiselle Greebo w samolotach nie czyta, bo w czasie lotu kontroluje pracę silników i ma się za trzeciego pilota, o czym pozostali piloci nie wiedzą, jednak stewardesy i stewardzi coś podejrzewają. Książka jest amuletem, jej cicha obecność uspokaja Mademoiselle Greebo.

Tytuł "Strach przed lataniem" mógłby zostać źle przyjęty przez współpasażerów, na szczęście w tłumaczeniu francuskim brzmi on: „Kompleks Ikara”. Mademoiselle Greebo podejrzewała smutno, że mało kto z podniebnych podróżników wie, kim był rzeczony Ikar i co mu się przytrafiło. Że wszystko przez skuchę z woskiem. I przez to, że nie słuchał taty.

Samolot ryknął silnikami, Mademoiselle Greebo uczepiła się kurczowo pierwszych zdań powieści Jong, które znała na pamięć: „Na pokładzie samolotu linii Pan Am lecącego do Wiednia znajdowało się stu siedemnastu psychoanalityków. Stu siedemnastu, z czego co najmniej sześciu mnie leczyło, nie mówiąc o siódmym, którego poślubiłam ”.

Maszyna nabrała prędkości i zaczęła się trząść, kosmetyki włożone do schowka luzem złowieszczo zagrzechotały. Mademoiselle Greebo mocniej ścisnęła „Kompleks Ikara”. Tytułowy biedak zleciał i teraz wszyscy mamy jego kompleks.

Samolot podniósł dziób, a spłoszone myśli Mademoiselle Greebo wyrwały się spod kontroli. Drabinka! – pomyślało jej się surrealistycznie. Czy to przez skojarzenie z kompleksami czy z dramatycznie niezbędną zbiorową terapią tak jej się pomyślało? Bo w kraju, z którego właśnie wylatywała, drabinka stała się ostatnimi czasy synonimem władzy.

Kto ma drabinkę, ma też ludzi do jej noszenia. Spośród kogo ich rekrutuje? Ze świty. Jakie kwalifikacje ma tragarz drabinki, co figuruje w jego cv – „odznacza się uważnością, niczego nie gubi i wyczuwa podprogowo, z której strony wieje wiatr”? Co się dzieje, jeśli tragarz zapomni ją w porę podstawić – czy drabinka zamienia się w przenośny szafot? A jeśli opiekun drabinki ją zgubi?...

Drabinka miała szansę stać się wschodnio-europejskim krzykiem mody, ale w ostatniej chwili zwichnięto jej karierę, zastępując konstrukcją funeralną. Brązowy prostopadłościach bez polotu, który zastąpił fikuśne szczebelki, do złudzenia przypomina pojemnik na zwłoki. Kwestia zgubienia tego została zminimalizowana, bo nawet gdyby tragarz zapił, to prędzej by się o to zabił, niż to przeoczył. W wariancie optymistycznym, przespałby się w tym. Tylko pytanie: czy w takich razach ponura skrzynka zamienia się w kibitkę, która teleportuje nieszczęśnika na Sybir? A może za karę wystarczyłyby swojskie dyby? Bo chyba nie opiewane w eksportowanej ostatnio polskiej literaturze nabijanie na pal?...

Mademoiselle Greebo zadzwoniła zębami ze strachu. Nawet nie zauważyła, że samolot przebiwszy się przez złośliwie wykłębione chmury ustawił się poziomo i sunął teraz tak spokojnie, jakby stał w powietrzu, a nawet się cofał. Szczęknęły odpinane pasy, biznesmani odpalili laptopy, młodzi ludzie wsunęli w uszy słuchawki, ktoś kurcgalopkiem ruszył do oczka.

Mademoiselle Greebo spojrzała na ściskaną w rękach książkę. Tym razem nie zostawiła na okładce śladów spoconych rąk. Najwyraźniej znalazła sposób na swój strach - wyprzeć go większym. Czy to była sprawka magicznych wibracji płynących z powieści o psychoanalitykach? Jeśli tak, to może stanie się cud i posiadacz podstawki pójdzie wreszcie na kozetkę?
Trwa ładowanie komentarzy...